Jestem przekonana, że nie tylko ja przechodziłam przez etap, w którym codzienna pielęgnacja twarzy ograniczała się tylko do opłukania skóry wodą i wytarcia do sucha ręcznikiem. I pewnie nie tylko ja mogłam przekonać się o tym, jak niekorzystnie wpływa to na wygląd mojej skóry.

Niestety, sama woda to za mało, żeby zapewnić skórze czystość, odpowiednie pH, nawilżenie i odżywienie. To też za mało, żeby usunąć martwy naskórek, odetkać zatkane pory i pomóc skórze neutralizować działanie wolnych rodników.

Dlatego bardzo ważne jest, żeby do tematu, jakim jest codzienna pielęgnacja twarzy podchodzić bardzo poważnie i zaczynać ją od starannego oczyszczenia skóry. Po nim natomiast powinien nastąpić etap tonizowania, o którym nadal tak wiele osób zapomina. A codzienny rytuał pielęgnacji twarzy powinien kończyć etap jej nawilżania.

O tym, jakie znaczenie ma każdy z tych etapów i dlaczego warto opierać codzienną pielęgnację twarzy właśnie na tych czynnościach, opowiem Wam w dzisiejszym wpisie.

Codzienna pielęgnacja twarzy – czego nie może w niej zabraknąć?

Każdy, kto czytał książkę „Sekrety urody Koreanek” zetknął się z pomysłem na 10-etapową pielęgnację twarzy. Patrząc na to, jak wygląda skóra Koreanek nie mam wątpliwości, że ten sposób pielęgnacji się sprawdza, jednak sama nie umiałam wprowadzić 10 etapów pielęgnacji twarzy u siebie. Wymiękałam gdzieś w połowie, w końcu porzuciłam marzenia o cerze gładkiej i promiennej dzięki magicznym esencjom i codziennym masażom. Postanowiłam natomiast kontynuować swoją codzienną rutynę pielęgnacyjną, o której w tym wpisie Wam opowiem.

Intuicja mi podpowiada, że u większości z Was codzienna pielęgnacja twarzy wygląda tak samo. Nie zaszkodzi jednak, jeśli mimo wszystko opowiem, co i dlaczego jest w niej ważne.

Oczyszczanie skóry – wstęp do codziennego rytuału pielęgnacyjnego

W ciągu dnia skóra jest narażona na kontakt z niekorzystnie działającymi na nią czynnikami zewnętrznymi, do których należą m.in. kurz, smog, pył, bakterie. Do nich dochodzą jeszcze pot i nadmiar sebum, pozostałości użytych w ciągu dnia kosmetyków i makijażu. To wszystko osadza się na skórze i jeśli nie zostanie usunięte, prowadzi do tego, że stan skóry zaczyna się pogarszać. Jednym z objawów, że skóra jest źle oczyszczona będą pojawiające się wypryski, zaskórniki, stany zapalne. Skóra może zacząć stawać się przesuszona, ściągnięta, swędząca, wygląda na zmęczoną i traci zdrowy koloryt.

Stąd też konieczność starannego i przede wszystkim CODZIENNEGO oczyszczania twarzy. Można to robić na wiele sposobów i przy użyciu naprawdę różnych kosmetyków. Sama przerobiłam już sporo metod oczyszczania twarzy, od OCM, oczyszczania dwuetapowego (czyli najpierw olej, później mycie kosmetykiem na bazie wody), do oczyszczania skóry tylko gąbką konjac.

Każda z tych metod miała swoje zalety i wady. W pewnym momencie doszłam jednak do wniosku, że moja skóra najbardziej lubi być oczyszczana tylko jednym kosmetykiem! Czyli nie olejek+żel i nawet nie sam olejek, tylko kosmetyk myjący (pianka, żel, emulsja) albo…glinka.

Myliście kiedyś skórę glinką?

Mycie twarzy glinką to jeden z najdelikatniejszych sposobów oczyszczania skóry, bo glinkę łączymy tylko z wodą, pomijamy więc stosowanie detergentów myjących, nawet w tej bardzo łagodnej postaci. Mojej skórze ten sposób służy wyjątkowo dobrze, bo jednak większość kosmetyków myjących powoduje na niej uczucie ściągnięcia, którego bardzo nie lubię.

Zachęcona myciem twarzy z użyciem białej glinki sięgnęłam ostatnio po delikatny puder myjący Make Me Bio. I koniecznie muszę Wam o nim opowiedzieć!

Ten kosmetyk ma w sobie wszystko to, co lubię…białą glinkę, która łagodnie oczyszcza skórę, absorbuje nadmiar sebum, odświeża, działa kojąco i wyrównuje koloryt skóry. Owies, który działa łagodząco, pomaga w zwalczaniu zmian trądzikowych i stanów zapalnych, oczyszcza i nawilża skórę. Olejek lawendowy działający antyseptycznie i regulujący pracę gruczołów łojowych oraz ekstrakt z róży, który wygładza skórę, łagodzi podrażnienia, wyrównuje koloryt, zmiękcza i odżywia.

Tylko 4 składniki, ale za to takie, która moja skóra bardzo lubi i które doskonale sprawdzają się w jej pielęgnacji.

Puder stosuję do wieczornego oczyszczania twarzy. Po wcześniejszym demakijażu myję nim całą twarz, delikatnie ją przy tym masując. Zostawiam na skórze na kilka minut, po czym spłukuję chłodną wodą.

Skóra jest po takim oczyszczaniu czyściutka, bardzo miękka i gładka. Puder spełnia więc swoje zadanie wzorowo.

Puder przed użyciem trzeba oczywiście połączyć z wodą i wymieszać. Nie jest to zbyt wygodne, zwłaszcza jeśli miesza się puder w zagłębiu dłoni, ale przy OCM jest jeszcze więcej zabawy, więc nie będę się czepiać. Dodam jedynie, że puder myjący może służyć też jako maseczka (tutaj warto dodać ulubiony olej roślinny i olejek eteryczny), jest więc to kosmetyk wielofunkcyjny. A takie kosmetyki bardzo lubię.

Delikatny puder myjący Make Me Bio kupicie tutaj -> klik. Jeśli nie stosowaliście – polecam. Jest to kosmetyk, który sprawdza się w pielęgnacji wszystkich rodzajów skóry.

Po oczyszczeniu twarzy przechodzę do kolejnego etapu, który jest dopełnieniem oczyszczania, czyli tonizowania. W tym celu stosuję łagodne toniki, albo hydrolaty roślinne. Ostatnio mój wybór padł na wodę różaną i była to kolejna, dobrze podjęta decyzja. Zanim jednak Wam o niej opowiem, wyjaśnię, dlaczego tonizowanie skóry jest niezbędne.

Dlaczego tonizowanie skóry jest ważne?

Podczas oczyszczania skóry, do którego używamy środki myjące podwyższamy pH skóry. Nie jest to komfortowa sytuacja dla naszej skóry, bowiem podwyższona pH sprzyja rozwijaniu się bakterii, skóra jest mniej odporna na działanie czynników zewnętrznych i podrażnienia. Sięgając po tonik wyrównujemy pH i przywracam je do odpowiedniego poziomu, chroniąc tym samym skórę przed tym, co nie koniecznie jest dla niej dobre.

Ale to nie wszystko, bo tonik pomaga też w łagodzeniu podrażnień, zmniejsza uczucie ściągnięcia skóry po myciu, nawilża i odświeża. Ułatwia też przenikanie przez naskórek substancji aktywnych z aplikowanego w kolejnym etapie pielęgnacji kremu, dzięki czemu skóra otrzymuje więcej składników odżywczych i nawilżających.

Najbardziej naturalną formą toniku jest hydrolat roślinny. Warto jednak wiedzieć, że hydrolaty mają różne pH i warto to sprawdzić przed zakupem.

Ja bardzo lubię hydrolaty i wody różane, a moim faworytem jest woda różana Make Me Bio. Stosuję ją rano i wieczorem, a często też w ciągu dnia.

Woda różana ma za zadanie tonizować, odświeżać i odżywiać skórę. I rzeczywiście to robi, a do tego działa też zmiękczająco, nawilża skóra, łagodzi podrażnienia, zmniejsza zaczerwienienie. Mam też wrażenie, że skóra wygląda po mniej na wypoczętą i bardziej promienną.

Tak, jak pisałam, wodę różaną stosuję rano i wieczorem po oczyszczeniu skóry. W ciągu dnia sięgam po nią w celu utrwalenia makijażu. Gdy jest ciepło – woda służy mi do odświeżenia skóry, tak jak mgiełka, czy woda termalna.

Producent rekomenduje też stosowanie wody różanej do włosów, ja jednak nie próbowałam. Słyszałam jednak, że w tej roli hydrolat różany rzeczywiście dobrze się sprawdza.

Jeśli chodzi o zapach tej wody (bo często piszecie, że nie lubicie kosmetyków pachnących różami) moim zdaniem jest on delikatny i subtelny. Ja też nie przepadam za kosmetykami o różanym zapachu, a ten wyjątkowo bardzo lubię.

Woda różna Make Me Bio dostępna jest m.in. tutaj -> klik!

Nawilżanie skóry – bez tego ani rusz!

Codzienna pielęgnacja twarzy wymaga też stosowania kosmetyków o działaniu nawilżającym i odżywczym. Jest to bowiem jeden z najlepszych sposobów na dostarczenie jej aktywnych składników, które wspierają walkę z wolnymi rodnikami, wspierają naturalne procesy regeneracji i ujędrniają skórę. Pamiętajcie jednak o tym, że nie tylko krem, ale też odpowiednia dieta i picie wody są niezbędne, żeby skóra miała zapewniony optymalny poziom nawilżenia.

Ja po krem nawilżający sięgam rano i wieczorem, chociaż wieczorem często zdarza mi się zastępować go olejem i żelem hialuronowym.

Tym, czego wymagam od kremu nawilżającego, to oczywiście naturalny skład, brak parafiny i silikonów, lekka i dobrze wchłaniająca się konsystencja. Krem nie może też pozostawiać na skórze tłustego filmu (chyba, że jest to krem ochronny na zimę), zatykać porów i brudzić ubrań. Jeśli ładnie pachnie to jego dodatkowa zaleta.

Przez ostatnie 3 miesiące mój codzienny rytuał pielęgnacyjny wspierał krem Orange Energy Make Me Bio, który jest kolejnym kremem tej marki, który miałam przyjemność używać. I jak dotąd – ulubionym.

Krem ma bardzo lekko konsystencję, świetnie się wchłania i pachnie moimi ulubionymi cytrusami. Przeznaczony jest do nawilżania skóry normalnej i wrażliwej, ale i u mnie – przy skórze suchej ze skłonnością do świecenia się w strefie T sprawdził się dobrze. Przez ponad 3 miesiące stosowania tego kremu miałam wrażenie, że skóra wyglądała świeżo, promiennie i po prostu dobrze. Nie miałam też problemów z tym, że jest za słabo nawilżona, podrażniona, czy zaczerwieniona. Krem nie zatykał też porów, a wiem, że jest to problem z którym wiele osób stosując kremy na bazie olejów roślinnych się zmaga.

Skład kremu to oczywiście naturalne i roślinne składniki, w większość z upraw organicznych. To, co w nim znajdujemy to m.in. olej ze słodkich migdałów, olej jojoba, woda z kwiatów pomarańczy, wyciąg z rumianku i olejek mandarynkowy. Nie ma olejów mineralnych, silikonów, PEG-ów, parabenów, sztucznych barwników i substancji zapachowych. Skład jest więc wzorowy, tak jak i działanie samego kremu.

To, co bardzo lubię w kosmetykach Make Me Bio to ich szklane opakowania oraz pojemność – większa od standardowej pojemności kremów – Orange Energy to aż 60 ml genialnej mieszanki składników, którą moja skóra uwielbia.

Znacie kremy Make Me Bio? Jeśli nie, bardzo zachęcam Was do tego, by jak najszybciej je wypróbować. Krem Orange Energy kupicie w Drogerii Ekopolka.pl, która jest partnerem tego wpisu -> klik!

Peeling? Obowiązkowo, ale nie codziennie

Moja codzienna pielęgnacja twarzy, to jak już wiecie: oczyszczanie, tonizowanie i nawilżanie. Do tego dochodzi też oczywiście demakijaż, ale tylko w te dni, kiedy się maluję, a nie robię tego na co dzień oraz peeling i maseczka, która staram się stosować 1-2 razy w tygodniu.

Peeling traktuję jako uzupełnienie mojej pielęgnacji i podchodzę do niego bardzo poważnie. Złuszczanie martwego naskórka jest bowiem niezbędne, żeby skóra mogła być dobrze nawilżona i odżywiona. To też sposób na oczyszczanie porów, mniejszą widoczność zmarszczek, dotlenianie skóry, rozjaśnianie i ujędrnianie skóry. Skóra oczyszczona z martwego naskórka lepiej przyjmuje też wszystkie składniki odżywcze z aplikowanych kosmetyków.

Moją ulubioną formą peelingów są te ze złuszczającymi drobinkami. I chociaż eksperymentuję ostatnio z peelingami enzymatycznymi i je też lubię, to jednak peeling mechaniczny służy mojej skórze najbardziej.

Wybierając peeling do twarzy omijam oczywiście wszystkie produkty zawierające bardzo ostre i plastikowe drobinki. Zamiast nich wybieram peelingi cukrowe, ze zmielonymi pestkami, orzechami lub płatkami (np. owsianymi i taki peeling często robię sama). Lubię też peelingi z korundem.

Jednym z najdelikatniejszych peelingów, jakie do tej pory miałam okazję używać jest Almond Scrub Make Me Bio. To naturalny peeling składających się z 5 składników: zmielonych płatków owsianych, białej glinki, cynamonu, słodkich migdałów i słonecznika. Podobnie, jak puder myjący, peeling wymaga wcześniejszego przygotowania i jest to super opcja, bo sama mogę decydować, czy chcę go wymieszać z wodą, z olejem, z jogurtem, mlekiem, albo wszystkim na raz 🙂 Moją ulubioną opcją jest peeling połączony z olejem arganowym.

Almond Scrub jest tak delikatny, że praktycznie nie czuć, że to peeling. Ważne jednak, że po zmyciu go ze skóry, skóra staje się miękka, gładka, bardzo przyjemna w dotyku, czysta i nawilżona.

Peeling ma cudowny zapach, który uwielbiam i świetnie sprawdza się też jako maseczka. Lubię zostawić go na skórze po wcześniej wykonanym masażu i zmyć dopiero po 15-20 minutach.

Przeznaczony jest do pielęgnacji każdego rodzaju cery, szczególnie suchej i wrażliwej.

Dostępny w dobrych sklepach z kosmetykami naturalnymi -> klik!

Codzienna pielęgnacja twarzy to mój rytuał

Pisałam Wam już kiedyś o tym, jak wyglądają moje poranne i wieczorne rytuały. To, co zajmuje w nich kluczowe miejsce to właśnie codzienna pielęgnacja twarzy, która też tworzy taki swoisty rytuał. Te kilka minut rano i wieczorem, które poświęcam na to, żeby oczyścić i nawilżyć twarz, oraz odświeżyć ją przy pomocy toniku to dobrze wykorzystany czas, który służy mojej skórze, a przy okazji pomaga mi się odprężyć i zrelaksować (wieczorem) oraz przygotować na nowy dzień (to rano). Wiem, że gdybym pominęła tę codzienną rutynę pielęgnacyjną, czułabym się mało komfortowo, a i moja skóra nie byłaby zadowolona.

Czy dla Was codzienna pielęgnacja twarzy też jest bardzo ważna? Bez czego trudno Wam ją sobie wyobrazić?

♥♥♥

Partnerem wpisu jest Drogeria internetowa Ekopolka, w której ofercie znajdziecie wyłącznie polskie kosmetyki naturalne najlepszych marek.

Od dzisiaj możecie skorzystać ze specjalnej zniżki na zakupy w Ekopolce -> podając podczas zamówienia hasło: HAPPYDAY otrzymacie 10% rabatu na wszystkie nieprzecenione produkty. Kod rabatowy jest ważny do 5 czerwca!

To jednak nie wszystko, bo możecie wziąć też udział w rozdaniu na Instagramie -> kliknij po szczegóły oraz konkursie na Facebooku -> kliknij i weź udział. W obydwu zabawach do wygrania zestawy kosmetyków Make Me Bio! Warto wziąć udział, bo do zgarnięcia są naprawdę świetne kosmetyki. Czekam na Wasze zgłoszenia! Powodzenia!