Często czytam o Podlasiu, że to miejsce magiczne, które każdy, kto tu nie mieszka, odwiedzić powinien. A wśród wielu polecanych atrakcji są Kruszyniany i znajdujący się tu meczet tatarski. Czy rzeczywiście jest to miejsce na tyle atrakcyjne, że warto przejechać nawet kilkaset kilometrów, żeby je poznać?

Na Podlasiu mieszkam od drugiego roku życia, więc wszystko to, co zachwyca przyjeżdżających tu z całej Polski turystów, jest dla mnie…zwyczajne. Co nie znaczy, że nie doceniam uroku podlaskich wsi, nie zachwycam się okoliczną przyrodą i nie lubię tu być. Wręcz przeciwnie! Uwielbiam to miejsce za spokój, ludzi za otwartość i gościnność. Kocham podlaskie lasy i jak na grzyby, to tylko tu! Ale wielu miejsc na Podlasiu, pomimo ich bliskości, wciąż nie odkryłam i nie poznałam. A jednym z nich były właśnie Kruszyniany, do których wybrałam się dopiero podczas tych wakacji.

I właśnie o tej małej wsi położonej w sercu Puszczy Knyszyńskiej, w której stykają się trzy religie i kultury, chcę Wam dzisiaj opowiedzieć.

Kruszyniany – Orient w sercu podlaskiej puszczy

Kruszyniany to niewielka wieś znajdująca się 50 km od Białegostoku i tylko 3 km od granicy z Białorusią. To właśnie tutaj znajduje się najstarszy w Polsce meczet tatarski oraz tatarski mizar, czyli jeden z trzech cmentarzy tatarskich w Polsce. Najstarszy znajdujący się na nim nagrobek pochodzi z 1699 roku!

Drewniany meczet zbudowany jest na planie prostokąta, a wieżyczki znajdujące się na dachu zdobią półksiężyce. Chociaż jest to miejsce religijne, w którym mieszkający tu Tatarzy modlą się na co dzień i do którego zjeżdżają się Tatarzy z całej Polski i świata, to każdy przyjeżdżający tu turysta może wejść, żeby zobaczyć jak meczet wygląda w środku. To, co na pewno zaskakuje tuż po wejściu, to niewielka przestrzeń, która dodatkowo jest podzielona na dwie sale – kobiety i mężczyźni modlą się w meczecie oddzielnie. Dość skromy wystrój, kilka obrazów na ścianach, piękne dywany i zapach drewna – meczet ma swój urok i klimat.

Niestety zrobienie zdjęć w środku było trudne ze względu na słabe oświetlenie. Dlatego więcej zdjęć zrobiłam na zewnątrz.

Wejście do meczetu jest płatne, a pieniądze z biletów przeznaczane są na utrzymanie meczetu. Być może nie wiecie, ale w 2014 roku meczet został zniszczony przez wandali, którzy w noc poprzedzającą początek ramadanu zniszczyli elewację i drzwi malując farbą w sprayu między innymi świnię i symbol Polski Walczącej. Ta sprawa odbiła się głośnym echem w mediach i bardzo dotknęła mieszkańców Kruszynian.

Za wejście do meczetu płaci się 5 zł, dzieci wchodzą za darmo. Jest to opłata naprawdę symboliczna i nie ma co żałować tych paru złotych, bo będąc w meczecie można wysłuchać wspaniałej opowieści o podlaskich Tatarach, o ich historii, zwyczajach i życiu w Kruszynianach. Przewodnikiem po meczecie jest Dżemil Gembicki, którego opowieść jest miejscami tak zabawna, że wszyscy wybuchają śmiechem. Tym, co najbardziej urzekło mnie w opowieści pana Dżemila jest to, jak niesamowicie tolerancyjną i otwartą społecznością są Tatarzy. On sam ożenił się z katoliczką i mając dwójkę dzieci jedno z nich wychowują w religii muzułmańskiej, a drugie w katolickiej, jednocześnie obchodząc wszystkie święta z obu religii.

Wspomnianą tolerancję podlascy Tatarzy podkreślają zresztą dość często, a wieś Kruszyniany, w której łączą się trzy religie: katolicka, muzułmańska i prawosławna żyje od lat w przyjaźni i zgodzie.

Po wyjściu z meczetu warto wybrać się na wspomniany już mizar, czyli jeden z trzech cmentarzy tatarskich w Polsce. Jako ciekawostkę napiszę, że Tatarzy nie stawiają na nagrobkach zniczy, tylko kwiaty. Ale jeśli ktoś z sąsiadów zapali znicz, to jest to szanowane i tolerowane.

Tatarska Jurta – prosto, tradycyjnie i ze smakiem

Obowiązkowym punktem pobytu w Kruszynianach jest obiad w słynnej już chyba na całym świecie Tatarskiej Jurcie. Kilka lat temu gościł tu sam książę Karol.

Tatarska Jurta to gospodarstwo prowadzone przez panią Dżennetę Bogdanowicz i jej rodzinę, w którym można zatrzymać się na dłuższy wypoczynek (do dyspozycji są pokoje gościnne) i zjeść przepyszny obiad w restauracji, poznając smaki kuchni tatarskiej. A jest z czego wybierać i co smakować, bo Tatarska Jurta oferuje tylko oryginalne dania kuchni tatarskiej przyrządzane według tradycyjnych receptur.

Najbardziej znanym daniem jest pierekaczewnik, który przyrządza się z listkowanego ciasta makaronowego i farszu – mięsnego lub na słodko. Za solidną porcję pierekaczewnika z dodatkiem sosu i surówki trzeba zapłacić 32 zł, ale to właśnie w celu jego skosztowania zjeżdżają do Kruszynian turyści z całej Polski.

Ja zamówiłam sobie zupę kurkową (przepyszną!) i kartoflaniki, czyli tradycyjne tatarskie pierogi z jajkiem, ziemniakami, cebulą i pietruszką, które również bardzo mi smakowały. Za zupę zapłaciłam 8 zł, za pierogi 23 zł.

Rafał zjadł danie o nazwie shavla, czyli duszone kawałki cielęciny z warzywami, kaszą pęczak i szczypiorem (30 zł) oraz chłodnik z buraków (8 zł).

Wszystko było naprawdę pyszne, a porcje duże. Wyszliśmy najedzeni do syta, a ze sobą wzięliśmy jeszcze kilka kawałków tatarskiej halwy, która w smaku bardziej przypomina krówkę niż tradycyjną chałwę i jest zrobiona z miodu, mąki i masła oraz czak-czaki, czyli ciasteczka oblane naturalnym miodem i posypane makiem, które w smaku trochę przypominają faworki, ale są zdecydowanie mniej tłuste.

Po wyjściu z restauracji warto pospacerować po Tatarskiej Jurcie i koniecznie wyjść też poza jej teren, bo cała wieś Kruszyniany jest naprawdę piękna! Już dawno nie widziałam tak zadbanych siedlisk, domostw i gospodarstw. Widać, że mieszkańcy bardzo się starają, żeby ich wieś wypadała w oczach turystów jak najlepiej.

Warto pójść też na spacer szlakiem ekumenicznym, my jednak się zagapiliśmy i tego nie zrobiliśmy.

Kruszyniany są przereklamowane?

Zanim zdecydowaliśmy się odwiedzić Kruszyniany poczytałam trochę opinii i jak to zwykle bywa, kilka z nich było niezbyt pochlebnych. Najbardziej dostało się oczywiście Tatarskiej Jurcie. Były głosy rozczarowania, że dużo ludzi, obsługa zabiegana, brak tej słynnej gościnności i otwartości, o której tyle się mówi, a jedzenie nie powala. Nie zgadzam się z tym, chociaż rzeczywiście tłumy w restauracji były, a obsługa uwijała się w pocie czoła. Mimo wszystko udało mi się zamienić kilka miłych słów w pracującymi tu dziewczynami i zjeść naprawdę dobry obiad, na który nie musieliśmy długo czekać. Jadąc tam w sezonie trzeba liczyć się z tym, że będzie głośno, tłoczno i mało kameralnie. Proste. A wieś jest naprawdę bardzo przyjemna, sprzyjająca wypoczynkowi na łonie natury, więc nawet spędzając tu wakacje, nie można się nudzić, za to odpocząć (to w dosłownym tego słowa znaczeniu) i poznać nieznaną, za to bardzo ciekawą, tatarską kulturę i historię.

Jeśli będziecie kiedyś na Podlasiu, polecam Wam odwiedzić Kruszyniany. Sama żałuję, że zrobiłam to dopiero teraz i z przyjemnością pojadę tam kolejny raz. Być może nawet na dłuższy, slow wypoczynek.

Mam nadzieję, że zainteresowałam Was tym magicznym miejscem na Podlasiu i nawet jeśli wcześniej o nim nie słyszeliście, to zechcecie dowiedzieć się o nim więcej. A jeśli już byliście w Kruszynianach dajcie znać, jak i czy Wam się tam podobało.

Możecie też udostępnić ten wpis znajomym na Facebooku, co jest bardzo fajne, bo dajecie im szansę, żeby dowiedzieli się o Kruszynianach, a mi dajecie w ten sposób znać, że lubicie i doceniacie to, co robię ♥