Wyobraźcie sobie, że na Wielkanoc zamiast myć okna, wystawiacie w nich żonkile, pakujecie się i wyjeżdżacie. Na narty, do domku letniskowego albo gdzieś, gdzie jest ciepło i słonecznie. Cały dzień spędzacie aktywnie na świeżym powietrzu, marcepan i czekoladę zagryzacie pomarańczami, a wieczorem zaczytujecie się w kryminały. Tak właśnie wygląda påske, czyli Wielkanoc w Norwegii. Fajnie? Pewnie, że fajnie! Bo kto by nie chciał mieć tyle wolnego, ile w okresie świąt wielkanocnych mają Norwegowie i spędzić go na łapaniu pierwszej opalenizny oraz ostatnich nartach w sezonie?

Påske (czyt. poske) to bardzo lubiane przez Norwegów święta. I wcale im się nie dziwię!

Podczas gdy my uwijamy się w wiosennych porządkach i gorączkowych przygotowaniach do świąt, Norwegowie pakują się i wyjeżdżają. Kierunki są trzy: wyjazd na hyttę, czyli do domku letniskowego, który znajduje się gdzieś na odludziu – w lesie, w górach, nad morzem. Często jest to domek bez prądu i bieżącej wody, w którym wieczory spędza się na czytaniu kryminałów (påskekrim), a cały wyjazd służy temu, by wygrzewać się w pierwszych promieniach wiosennego słońca i złapać trochę wiosennej opalenizny (påskebrun), być blisko natury i spędzić mile czas w towarzystwie rodziny i przyjaciół.

Drugim popularnym kierunkiem świątecznych wyjazdów, które również są okazją do złapania opalenizny jest wyjazd na ostatnie w sezonie narty, czyli påskeski. Tak, dobrze widzicie – tu wszystko w okresie świąt wielkanocnych jest påske 🙂

A jeśli nie na hyttę i nie na narty, Norwegowie jadą tam, gdzie jest ciepło i słonecznie i najczęściej jest to Hiszpania.

Ci, którzy zostają w domach, po świątecznym śniadaniu, wychodzą na påsketur, czyli spacery lub wielogodzinne piesze wycieczki. Nieodłącznymi elementami tych wypraw są pomarańcze oraz wafelki Kvikk Lunsj (podobne do polskich WW). I nie wiem dlaczego, ale są one jednym z najważniejszych elementów påske. Podobnie, jak marcepan oraz inne, głównie czekoladowe smakołyki, którymi w Wielką Sobotę dzieci mogą zajadać się do woli.

Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że ani pomarańczy, ani wafelków nie kupiłam, a przecież wybieramy się na påsketur! Aj, niedobrze! Mam za to ogromne plastikowe jajko wypełnione łakociami dla Leny. I planuję ukryć je w ogródku, żeby jak większość dzieci w Skandynawii (w Szwecji to obowiązek) spędziła niedzielny poranek (albo sobotnie popołudnie) na poszukiwaniu prezentu od świątecznego zajączka. On również jest påske… påskehare 🙂

Czy wspomniałam już o tym, że od dzisiaj wszystkie sklepy są nieczynne? Jeśli więc okaże się, że zapomniałam coś kupić (a już wiem, że tak), to będę mogła zrobić to tylko w sobotę, a i to będę musiała się pospieszyć, bo sklepy będą otwarte tylko przez kilka godzin.

W Norwegii okres świąt wielkanocnych to czas, gdy wszystkie sklepy i urzędy są nieczynne od Wielkiego Czwartku, uczniowie mają wolne od poniedziałku, a przedszkola zamyka się w środy. I to właśnie ilość dni wolnych, do których wystarczy dołożyć kilka dni urlopu zachęca do wyjazdów i jest do nich świetnym pretekstem.

Mój mąż też był już dzisiaj (w środę) ostatni dzień w pracy, więc już popołudniu zaczęliśmy świętować påske. Chociaż nigdzie nie wyjeżdżamy, to perspektywa tych kilku wolnych i spędzonych wspólnie dni, bardzo mi się podoba. Myślę sobie jednak, że w Polsce coś takiego (sklepy nieczynne od czwartku przez świętami) by nie przeszło. Zgadzacie się ze mną? A szkoda, bo Norwegowie pokazują, że można zrobić zakupy wcześniej i tak się zorganizować, by każdy miał okazję wypocząć.

OK, lecimy dalej.

Nie mam pojęcia, co jest największym przysmakiem wielkanocnym, ale Norwegowie, tak jak my, w okresie Wielkanocy i na świąteczne śniadanie jedzą jajka. A do tego jagnięcinę, kurczaka i oczywiście ryby. Obowiązkowe są też wspomniane już pomarańcze, czekolada i marcepan. I oczywiście påskepølser, bo dzień bez parówki, jest dniem straconym.

Żonkile, które już teraz można zobaczyć niemal w każdym ogródku, są też wystawiane w oknach i przed drzwiami wejściowymi do domów. A kolorem, który dominuje w świątecznych dekoracjach jest żółty. W sklepach można więc kupić żółte kurczaczki, serwetki, świece i obrusy. A świąteczny kącik w domu najlepiej udekorować też żółtymi tulipanami. Påskepynt, czyli wielkanocne dekoracje mają być przede wszystkim wesołe, radosne i kolorowe, co widać zresztą w ofercie sklepów, które je sprzedają. I wiecie co? Mi ten żółty kolor bardzo się podoba i też kupiłam żonkile.

Zastanawiam się, czy o czymś nie zapomniałam. Jeśli chodzi o religijny wymiar świąt, to Norwegowie w okresie påske w kościołach raczej nie bywają. Ale co ciekawe (sporo na ten temat czytałam) są wierni religijnym tradycjom i często wierzą przesądom, które są związane z wierzeniami religijnymi. Ale pozwólcie, że nie będę tego wątku rozwijać, bo będzie krwawo i chwilami mało apetycznie.

Ogólnie muszę Wam powiedzieć, że sposób spędzania Wielkanocy w Norwegii bardzo mi się podoba. Od dawna chciałam, żeby moje święta wyglądały właśnie tak – bez spiny, konieczności zasiadania przy stole na kilka godzin, za to aktywnie i na świeżym powietrzu. I taka właśnie będzie tegoroczna Wielkanoc, którą spędzimy wspólnie z moją mamą, która przylatuje w piątek. Mam nadzieję, że jej również spodoba się to, że można spędzić te święta trochę inaczej.

A kto wie, może za rok, albo dwa też pojedziemy całą rodziną podczas påske na hyttę, gdzie będę czytać påskekrim i łapać påskebrun? To bardzo fajny plan na spędzenie świąt, prawda?

 

Korzystając z okazji, chcę życzyć Wam wszystkiego dobrego. Odpoczywajcie w te święta i zróbcie wszystko, żeby był to å kose seg, czyli mile spędzony czas 🙂

 

A jeśli spodobał Wam się ten wpis lub uważacie, że może się komuś przydać, dajcie mi o tym znać – skomentujcie lub udostępnijcie. Będzie mi bardzo miło!