Gdy ponad miesiąc temu otrzymałam od Madame Polyglot zaproszenie do wzięcia udziału w organizowanym przez nią wyzwaniu językowym, nie zastanawiałam się nawet przez chwilę, czy chcę to zrobić. Dzisiaj nadszedł czas podsumowania 4 tygodni trwania Wyzwania Poliglotki i rozliczenia się ze złożonych sobie i Wam obietnic.

Gdy pisałam wpis, w którym pytałam Was o to, czy podejmiecie ze mną Wyzwanie Poliglotki byłam bardzo podekscytowana. Z wielkim zapałem przystąpiłam też do realizowania swojego planu nauki, do którego wpisałam m.in. naukę słówek, zwrotów, przysłów, gramatyki, słuchanie radia i czytanie gazet. Od pierwszego dnia ostro wzięłam się do nauki i byłam mile zaskoczona, że tak naprawdę codzienna nauka to nic trudnego. I chociaż łatwo nie było, to wspierana przez męża, który cierpliwie odpowiadał mi na wszystkie pytania i poprawiał błędy, uczyłam się norweskiego przez 2 tygodnie. Później niestety nastąpił kryzys. I poległam. Bo chociaż bardzo się starałam, przestałam mieć czas na cokolwiek związanego z moim rozwojem osobistym. Na Wyzwanie Poliglotki też.

Mądrzy ludzie mówią jednak, że nie sztuką jest przyznać się do porażki, a przekuć porażkę w sukces. I chociaż nie udało mi się zrealizować wyzwania językowego do końca, uważam, że i tak wygrałam. Przede wszystkim zaczęłam! Postawiłam pierwszy krok, by w końcu zacząć uczyć się norweskiego. Po drugie – udowodniłam sobie, że samodzielna nauka w domu nie jest niemożliwa. Po trzecie i chyba najważniejsze – poczułam, że chcę się uczyć! Do tej pory myślałam o nauce języka norweskiego jak o czymś, co muszę zrobić. Bo przecież tu mieszkam i na codzień mam kontakt z ludźmi mówiącymi tym językiem. Ale dzięki Wyzwaniu Poliglotki i tym kilku dniom codziennej nauki poczułam, że nie muszę, ale że chcę. I dlatego nauka norweskiego  – chociaż nie łatwa i nie zawsze możliwa – stała się dla mnie przyjemnością, a nie obowiązkiem.

Kończące się dla mnie Wyzwanie Poliglotki to dla mnie tak naprawdę dopiero początek. I jestem pewna, że jak tylko warunki do nauki znowu będą sprzyjające, to będę ją kontynuować. Chociaż wiecie co? Tak naprawdę dzięki wyzwaniu Madame Poliglot, uczę się tego języka codziennie. I chociaż nie realizuję planu, nie wypełniam kalendarza, nie przeznaczam na naukę konkretnej ilości czasu to i tak się uczę. Bo zaczęłam uważniej wsłuchiwać się w to, co słyszę w radiu. Próbuję zrozumieć, co mówią do mnie dzieci w przedszkolu Leny. Przeglądając różne serwisy internetowe staram się czytać – powtarzam sobie na głos, to co przeczytam – i rozumieć, co czytam. Częściej zaglądam do słownika. I coraz lepiej odnajduję się na sklepowych zakupach. Nawet przeglądając ofertę sklepów on-line wiem już, co i w jakiej kategorii znajdę. Do tej pory robiłam to wszystko po omacku. Więc chyba jednak sukces, co? Nie taki, jaki planowałam odtrąbić podejmując wyzwanie, ale jednak sukces.

A jak Wam poszło Wyzwanie Poliglotki? Dotrwaliście do końca?