Ciąża i poród prowadzone przez położną, minimum ingerencji w poród z zewnątrz, ograniczenie ilości badań do niezbędnego minimum i poddanie się siłom natury – tak w skrócie można określić to, jak wyglądają ciąża i poród w Norwegii.

Moja przeprowadzka do Norwegii zbiegła się z początkiem 27 tygodnia ciąży. Przygotowania do przyjazdu tutaj poprzedziło poszukiwanie informacji o tym, w jaki sposób prowadzi się tutaj ciążę, czy powinnam wykonać jakieś dodatkowe badania (których w Polsce na przykład standardowo się nie wykonuje) oraz zapoznania się z opiniami na temat szpitala położniczego (w Bergen jest tylko jeden) oraz lekarzy, którzy ewentualnie mogliby moją ciążę prowadzić. To wszystko czego zdążyłam się dowiedzieć, trochę mnie zaskoczyło. Całej reszty dowiedziałam się już na miejscu i muszę przyznać, że elementów zaskoczenia było jeszcze więcej. Ale po kolei.

Ciąża i poród w Norwegii – co może zaskoczyć?

Pierwszą i chyba zasadniczą różnicą pomiędzy sposobem prowadzenia ciąży w Polsce i Norwegii jest ta, że w Norwegii ciążę uznaje się dopiero od 13 tygodnia, czyli od początku drugiego trymestru. To właśnie po upływie tego czasu kobiety zgłaszają się do lekarza, mają robione badania krwi stwierdzające ciążę, a także badania, które standardowo wykonuje się i u nas (m.in. grupa krwi). Podczas tej wizyty zakładana jest też karta ciąży i ustalany termin kolejnej wizyty. W Norwegii (tak, jak w Polsce) opieka medyczna dla kobiet w ciąży jest bezpłatna, jednak założenie jest takie, że kobiecie przysługuje przez cały okres ciąży 9 wizyt, za które nie musi płacić. Jedną z tych wizyt jest badanie USG, na które ciężarna jest zapraszana w 18 tygodniu ciąży. I jest to jedyne USG, które się tutaj podczas ciąży robi, o ile oczywiście ciąża przebiega prawidłowo. Badanie USG wykonywane jest w klinice położniczej, jest bardzo szczegółowe, odbywa się na nowoczesnym sprzęcie i w technologii 3D (a może 4D?) i jest bezpłatne. Pomimo tego, że 18 tydzień ciąży już dawno był za mną, również otrzymałam zaproszenie to badanie i bardzo miło je wspominam.

W Norwegii ciąża traktowana jest jako zupełnie normalny stan i mam wrażenie, że jest to zupełnie inny sposób postrzegania ciąży od tego, jaki mamy w Polsce.

Ilość badań i wizyt u lekarza jest tu ograniczona do naprawdę niezbędnego minimum. Nie ma czegoś takiego, jak zwolnienie lekarskie od pierwszych dni ciąży. Oczywiście jeśli kobieta czuje się bardzo źle, to nie musi chodzić do pracy. Sama może też zadecydować o zmianie systemu pracy np. na 1/2 etatu. Jednak kobiety w Norwegii są z reguły bardzo aktywne i przebiegająca prawidłowo ciąża nie zmienia ich trybu życia. Raczej nie spotyka się tu z postawą typu: jestem w ciąży – nie muszę pracować, bo i tak mi będą przez 9 miesięcy płacić. Takie podejście jak najbardziej mi się podoba, bo zarówno w pierwszej, jak i drugiej ciąży niemal do samego końca nie luzowałam sobie z pracą. Oczywiście w drugiej było o wiele łatwiej, bo pracowałam w domu. W pierwszej ciąży natomiast codziennie dojeżdżałam do pracy po 20 km w jedną stronę autobusem PKS, miałam nienormowany czas pracy, często musiałam jednego dnia być w kilku miejscach i jeszcze nadrabiać niedokończone sprawy wieczorami w domu. I takim sposobem przepracowałam niemal całą ciążę, bo na zwolnienie poszłam dopiero w 38 tygodniu.

Bez cesarki i lekarza, czyli o ciąży i porodzie w Norwegii

Kolejną ciekawostką dotyczącą ciąży w Norwegii jest to, że nie prowadzi jej ginekolog ani lekarz położnik, a lekarz pierwszego kontaktu (czyli lekarz rodzinny). Mało tego – kobieta decyduje, czy chce, żeby ciąża była prowadzona przez lekarza, czy położną. I może zdecydować się też na system mieszany, czyli przez całą ciążę być pod opieką i położnej i lekarza. Z tego, co wiem, najczęściej wybieraną przez ciężarne w Norwegii jest opieka położnej. I nie jest to zaskakujące, w końcu położna jest do prowadzenia ciąży i przygotowania kobiety do porodu przygotowana lepiej od lekarza rodzinnego.

Jak wygląda wizyta u położnej? Na każde spotkanie trzeba zabrać ze sobą próbkę moczu do badań. Podczas wizyty sprawdzana jest waga, mierzony brzuch, położna słucha też tętna płodu (bez użycia USG!). Po standardowych badaniach jest czas na to, aby porozmawiać. O wszystkim. O samopoczuciu, obawach i niepokoju związanym z porodem, o diecie w ciąży, o wyprawce dla dziecka, o tym, jak przygotować się do porodu itd.

To również położna, a nie lekarz, towarzyszy kobiecie na sali porodowej. Ja podczas porodu nie miałam żadnego konaktu z lekarzem. Poza położną, która przyjmowała mnie na oddział i towarzyszyła nam przez cały okres porodu oraz położną, która asystowała już w ostatniej fazie porodu, żadnego innego personelu medycznego nie widziałam. I muszę przyznać, że było to dla mnie bardzo komfortowe.

W Norwegii bardzo duży nacisk kładzie się na poród naturalny, bez jakichkolwiek interwencji medycznych. Cięcie cesarskie jest robione tylko i wyłącznie w uzasadnionych przypadkach i jest naprawdę rzadkością.

Cesarka na życzenie? O czymś takim w ogóle nie ma mowy!

Nacięcie krocza, czy lewatywa też nie są wykonywane rutynowo, podobnie, jak znieczulenie zewnątrzoponowe, które jest bezpłatne i jak najbardziej kobiecie przysługuje możliwość, by z niego skorzystać. Ja urodziłam bez znieczulenia, chociaż był to jeden z pierwszych punktów w moim planie porodu. Jednak akcja porodowa potoczyła się u mnie dość szybko (urodziłam w ciągu 2 godzin od momentu przyjazdu do szpitala), a podanie znieczulenia mogłoby ją niepotrzebnie spowolnić. Skorzystałam więc z naturalnej metody uśmierzania bólu i większą część porodu spędziłam w wannie. Położna proponowała mi także akupunkturę, ale nie przepadam za igłami, więc się nie zdecydowałam.

Cały poród, a także pobyt na sali poporodowej wspominam bardzo dobrze. Tak, jak już wspomniałam – podczas porodu położna była przez cały czas z nami. Była uśmiechnięta, bardzo miła i wspierająca. Dodawała otuchy, co kilka minut słyszałam, jaka to ja jestem dzielna i jak pięknie oddycham 🙂 W sali, w której rodziłam, nie było nikogo poza nami. Panował przyjemny (jak na szpital) nastrój, światło było przygaszone, paliły się świece, wejście do sali (nazwałabym ją raczej pokojem narodzin) było zasłonięte parawanem.

Po porodzie synek od razu trafił w moje ramiona i został ze mną przez ponad 2 godziny, większość czasu spędzając przy piersi. Dopiero po tym czasie, gdy już zasnął, mój mąż wspólnie z położną zważyli go i zmierzyli (wszystko odbywało się w tej sali, gdzie rodziłam). Tutaj też maluszek miał pobraną krew do badań, także nawet na chwilę nie został od nas zabrany. Lekarz zbadał go dopiero po kilku godzinach po narodzinach i wszystko również odbyło się w naszej obecności.

Zauważyłam, że duży nacisk kładzie się tutaj na bliski kontakt mamy i dziecka w pierwszych godzinach po porodzie oraz na karmienie piersią. Położne służą pomocą (jeśli występują jakiekolwiek problemy) i bardzo wspierają, jeśli w pierwszych godzinach karmienie sprawia problemy. Już po powrocie do domu przez cały czas można korzystać ze wsparcia położnej z najbliższej przychodni oraz grup wsparcia laktacyjnego. Z tego, co słyszałam, większość Norweżek karmi piersią przynajmniej przez 12 miesięcy.

To, co chciałabym podkreślić, to to, że wszystko jest tutaj konsultowane z rodząca i o niemal każdej czynności podczas porodu jest się informowaną. Jeśli nie wyrażam na coś zgody, to jest to szanowane i w pełni respektowane. Personel szpitala stara się także zapewnić kobiecie i jej partnerowi podczas porodu (a także już po porodzie) maksimum prywatności i intymności. Tak, żeby w razie potrzeby być i służyć pomocą, ale jednocześnie nie przeszkadzać.

O przyjeździe do szpitala, czyli o tym, że akcja porodowa już się rozpoczęła należy poinformować telefonicznie. Dzięki temu personel szpitala jest już przygotowany na nasze przybycie. Nie ma jednak co się spieszyć z przyjazdem, bo jeśli akcja porodowa dopiero się rozpoczyna, skurcze są rzadkie i nieregularne itd. istnieje duże prawdopodobieństwo odesłania rodzącej do domu.

Myślę, że warto też wspomnieć o tym, że jadąc do szpitala, zamiast dużej podróżnej torby wystarczy zabrać ze sobą małą torebkę z telefonem i kapciami 🙂 Wszystko dla dzidziusia (pieluszki, kosmetyki do mycia, kaftaniki, kocyki) i młodej mamy (podkłady, podpaski, koszule do spania, płyny do mycia) jest tutaj zapewnione. Zaskakiwać może również wyżywienie w formie samoobsługowego bufetu, gdzie można sobie wybrać do zjedzenia to, na co ma się akurat ochotę i przez cały czas można napić się ciepłej kawy, czy herbaty.

I ostatnia ciekawostka na koniec – to rodząca sama decyduje o tym, jak długo chce pozostać w szpitalu po porodzie. Jeśli czuje się na siłach, a maluszek jest zdrowy, ze szpitala może wyjść tego samego dnia, kiedy urodziła.

Decydując się na przeprowadzkę do Norwegii w zaawansowanej już ciąży byłam pełna obaw, czy oby na pewno jest to dobry pomysł. Szybko jednak przekonałam się, że kobiety w ciąży mają tu naprawdę dobrą opiekę, która – wbrew temu, co można przeczytać na wielu forach i grupach dyskusyjnych w sieci – jest na wystarczającym poziomie i pozwala poczuć, że ciąża to nie choroba. Bo niestety mam wrażenie, że tak właśnie w Polsce ją traktujemy. Ilość wizyt u lekarza, badań krwi, często comiesięczne badania USG i zwolnienie lekarskie od pierwszych tygodni ciąży – mam wrażenie, że tak wygląda coraz więcej ciąż w Polsce. Podobnie poród – nigdy nie byłam i nie będę zwolenniczką cesarki na życzenie, a przeczytałam mnóstwo narzekań na temat tego, że nie można tutaj z takiej możliwości skorzystać oraz, że porodów nie przyspiesza się przez podanie oksytocyny. Ale czy w polskich szpitalach jest możliwosć, aby korzystać z nich do woli? Z tego, co wiem, chyba też nie.

Mam nadzieję, że dzisiejszy wpis Was zainteresował. Jeśli macie jakieś pytania, albo chcecie podzielić się swoimi doświaczeniami i przemyśleniami odnośnie ciąży i porodu, piszcie śmiało. Dajcie też znać, czy wpisy dotyczące moich spostrzeżeń, doświaczeń i przemyśleń o mieszkania i życiu w Norwegii Was ciekawią i chcecie o nich czytać w kolejnych wpisach na blogu.